[EN] Jak dużo mówić i nie dotrzeć nigdzie

Awatar użytkownika
szczypiorek
Posty: 96
Rejestracja: 17 lis 2019, 08:56
Lokalizacja: Cebulandia



Można obejrzeć w yt z napisami jak ktoś nie zna języka. Nauka jest życiowa. Ogólnie podejście inżynierskie do tematu rozwoju duchowego oraz świadomość realności tego o czym mówi Stephen Co bardzo mi się podoba.

Jak żyjesz życząc wszystkim istotom by były szczęśliwe, a później w życiu nie stosujesz tych zasad to w gruncie rzeczy nic nie zyskujesz. To jest tak jakby powiedzieć: w domu jestem dobrym, człowiekiem, ale w pracy nie mogę okazać słabości więc muszę być twardy i twardą ręką zarządzać relacjami by uzyskać efekty. No i... cała pozytywna robota na marne. Przypomina mi to spowiedź: idziesz do spowiedzi spowiadać się z grzechów, a później znowu je popełniasz. Czy Bóg ci wybaczy? Oczywiście bo cię kocha, ale patrzy grzecznie i pewnie wolałby powiedzieć, że możesz żyć lepiej, jednak szanuje twoją wolną wolę i milczy. W każdym z nas jest cząstka boskości i ona może przekazać nam informację co robić by było lepiej tylko trzeba chcieć przekręcić gałką radia i ustawić częstotliwość by odebrać transmisję. Piszę to bo sam tak postępowałem przez wiele lat. Chodziłem do kościoła i modliłem się starałem się być dobry, a później np. w pracy byłem nieuprzejmy dla ludzi. Nieważne jest to czy miałem powód czy nie, ważne jest to, że w środku nie było zgody na takie działanie. Siadał mi żołądek, badania nic nie wykazywały. Później miewałem migreny i też badania nic nie wykazywały, neurolog przepisał mi lek który pomagał, na chwilę. Podczas medytacji ból słabł, a w końcu mijał, bez leków. Wracałem po kursie do pracy i jakiś czas byłem pod wpływem wyjazdu emanując dobrą energię, po czym znów stawałem się jednością z otoczeniem. Jak to powiedział pewien człowiek na obozie jogi przekazując wiedzę od swojego kolegi który był mnichem buddyjskim: "Dobrze jest jechać na kurs, ale jeśli nie praktykujesz codziennie to nic ci to nie da" (mniej więcej tak to szło, chodziło o długoterminowe efekty). Tak samo jest z praktykowaniem dobrego serca i miłości dla wszelkich istot. Oooo tak, będę uprzejmy dla tego i tego bo są uprzejmi dla mnie, ale nie da tamtego bo jest niemiły. No i cała dobra energia spada. Nie jest łatwo wybaczać i dobrze życzyć tym którzy są dla nas nieżyczliwi, ale to oni najbardziej potrzebują miłości. Jeśli nie da się być miłym dla nich z uwagi na ich dobro, to należy próbować być miłym dla nich z uwagi na własne dobro. W sensie by nie przyciągać ich energii.

Nie obcując w tym momencie z ludźmi na co dzień mam takie swoiste odosobnienie i możliwość wglądu i poprawy samego siebie. Regularnie obcując z ludźmi jest gorzej, szczególnie kiedy znają moje zdanie na dany temat i prezentują całkiem odwrotne spojrzenie, a przez szacunek dla ich pozycji musiałbym grzecznie się uśmiechnąć i przyznać im rację. Dwoistość życia to spory problem, maski wszelkiej maści zakładane na twarz by robić dobre wrażenie w każdej sytuacji jednak tracąc w pewnym momencie własną tożsamość.

Działać można w różny sposób. Wielu mnichów buddyjskich mówi, że medytacją może być też zmywanie naczyń. Jak przekonał się pewien Amerykanin na vipassanie, może nią być także zmywanie podłóg (i to czasem ciężką formą z koniecznością zmierzenia się ze swoimi myślami). Nie liczy się to, jaką religię kto wyznaje. Samo zatrzymanie się i spojrzenie w siebie jest kluczowym etapem samopoznania. Warto wyłączyć muzykę i na chwilę zostać z zadaniem i samym sobą. Skupić się na tym co się robi, a myślom pozwolić przypływać i odpływać to działa jak taki poranny prysznic i pozwala spojrzeć na wszystko szerzej.

Ciężko jest kochać ludzi, kiedy słyszy się z ich ust obelgi lub komentarze o nas czy o innych osobach (ja zwykle odnosiłem komentarze o innych do siebie sprawdzając, czy nie posiadam takich cech o których mówią ludzie tzw. "szukanie faryzeusza w sobie"). Działanie też nie zawsze jest aktywnym zawracaniem rzeki lub braniem udziału w manifestacjach czy innych formach protestu. Działanie jest jak dieta, każdego dnia troszkę mniej złych uczynków, a troszkę więcej dobrych. Może i jeden uśmiech na tydzień, na początek. Nie da się siłą zmienić kierunku biegu rzeki, ale stopniowo małymi krokami, zmieniając kawałeczek po kawałeczku jej korytu i przesuwając ją po troszku uwzględniając to, że woda potrzebuje miejsca by zakręcić ostatecznie da się. Tak jest też z życiem, każdego dnia zmieniając choćby małą cząstkę siebie ostatecznie zmierzamy do zmian trwałych.

Gohenka mówił na vipassanie, że nie ma co spodziewać się cudów i niesamowitych zmian natychmiast, ale już choćby samo zauważenie np. momentu rodzenia się gniewu jest pierwszym sukcesem. Za jakiś czas okres gniewania się zmniejszy się i będzie można szybciej odzyskać kontrolę i tak po długim okresie czasu człowiek staje się lepszy. Jeśli ktoś jest bardzo wierzącym chrześcijaninem to powinien przeczytać "Największy dar" lub choćby "Hymn o miłości" do którego się ta książka odnosi. Każdego dnia jedna kropla do wiadra zmian ostatecznie po latach to wiadro napełni.

Jak zwykle to moje przemyślenia, które pojawiły się podczas oglądania materiału, a nie jego recenzja. Nikt nie musi się ze mną zgadzać i każdy ma prawo do swojego zdania.

Mistrz Co mówi o działaniu i o tym by "nie rzucać słów na wiatr" jeśli chcemy coś zrobić to nie wystarczy marzyć, ale trzeba podjąć kroku by to osiągnąć. Z samego mówienia nic nie wynika. Kiedy w 2019 roku miałem wizję podczas medytacji, że powinienem jechać na bieg z przeszkodami (to było coś czego bardzo chciałem ale uważałem, że jestem już na to za stary i zbyt leniwy) początkowo uznałem, że to niemożliwe. Fakt, w tamtym momencie nie było to możliwe i sporo treningów musiałem przejść by do tego dojść. Nadal jeżdżąc na tego typu wyjazdy część osób patrzy na mnie z pobłażaniem, ale to nic, ja walczę z sobą i doceniam ich efekty, ale najważniejsze jest to, że sam wiem jak było chwilę temu, a jak jest teraz. Nie muszę być lepszy od innych osób, albo taki jak oni. Chcę być każdego dnia lepszy od poprzedniej wersji siebie. Nie mam płaskiego brzucha i idealnie wyrzeźbionych mięśni, moje nadgarstki są wciąż słabe, ale każdego dnia silniejsze niż były kiedyś. Jak to określił kiedyś sensei z karate: "Karate to sztuka którą doskonali się latami" nie możesz być od razu mistrzem. Kiedy zaczynałem pierwsze treningi miałem płaskostopie i nie radziłem sobie na zajęciach W-F. Byłem słaby i czułem wszystkie uderzenia bardzo mocno. Podczas utwardzania brzucha czasem leżałem na Ziemi kuląc się z bólu bo nie napiąłem mięśni w porę. Z czasem jednak wszystko zaczęło się poprawiać. Dziś też nie jestem idealnym przystojnym facetem za którym oglądają się kobiety, ani nie wyglądam jak aktor filmów akcji. Jestem normalnym człowiekiem który lubi zakwasy i wysiłek. Trenuję dla siebie bo to lubię. Każdy może sobie określić czego w życiu chce, wyrysować plan i stopniowo zacząć realizować zadanie. Marzenia są celem, zarysem tego do czego się dąży i mogą one być nierealne (teraz) stopniowo idąc w ich stronę (jeśli są logiczne) można je osiągnąć.
Nie sztuką jest nie popełniać błędów, ale sztuką jest wyciągać z nich wnioski i nie powielać ich.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Rozwój duchowy”