Niewyrażona w dzieciństwie złość blokuje poczucie miłości w życiu?

Kopie ciekawych artykułów z potrali, witryn, itp. z uwzględnieniem autora i źródła.
Awatar użytkownika
Oskar
Administrator
Posty: 254
Rejestracja: 30 maja 2019, 19:15
Lokalizacja: Polska
Kontakt:

Niewyrażona w dzieciństwie złość blokuje poczucie miłości w życiu?

Pokochaj swoich rodziców. Pokochaj siebie. Pokochaj cały świat. Wszystko jest miłością. Kochaj. Kochaj. Kochaj. Wszystkie te prawdy wypływające z niemal każdej formy duchowości, wielu nurtów psychologii a zasadniczo także i religii, w uniwersalny sposób warunkują ludzkie podejście do siebie oraz bliższego i dalszego otoczenia. I mimo oczywistej oczywistości, że większość ludzi w codziennej pogodni za przynętą na wędce ego ma je w głębokiej esicy, to te prawdy są prawdziwą prawdą. Bo pokochać siebie to pokochać każdego i wszystko. I z tego pnia wychodzi sens życia oraz do tego koniec końców się sprowadza. A my zawzięcie staramy się tak właśnie kochać, z zaciśniętymi piąstkami, zagryzionymi wargami, za wszelką cenę. I im bardziej się staramy tym bardziej króliczek tej miłości nam umyka. Nie poddajemy się swobodnemu przepływowi uniemożliwiając tej miłości płynięcie przez nas. Dążymy do niej jak do targetu wyznaczonego handlowcowi nie patrząc na drogę, lecz tylko na cel. Przemy za wszelką cenę niczym Rudy 102 na Berlin. Po trupach. I co najważniejsze robimy to nie zważając na to że blokuje nas wielka złość, którą chcemy tą miłością przykryć.

Ta złość, wkurw, gniew nie jest wtedy zobaczona. Miłość jest ponad nią, a ów złośliwy chochlik czuje się niechciany. A jak ktoś się czuje niechciany, to wtedy dokazuje jeszcze bardziej. I skutecznie blokuje nam możliwość tego osławionego pokochania siebie i wszystkiego. "Pokłoń się rodzicom, pokochaj ich, zobacz w nich cudowność i piękno" wołają wielcy duchowi nauczyciele. No ale jak to zrobić, jeśli ci rodzice sami nie dawali nam miłości, atencji, zainteresowania, uznania, akceptacji, uwagi i ciepła? A na domiar złego pili, bili, terroryzowali lub nawet molestowali. A my dziś bądź pamiętamy przede wszystkim te ciosy, razy, chłód i ból. Albo w ogóle nie pamiętamy, bo mamy to wyparte, zakopane pod dywanem podświadomości i przysypane tonami niezobaczenia, niechcenia i zapomnienia. Są ludzie którzy nie pamiętają niemal nic ze swojego życia przed 6-tym, 10-tym, a nawet 15-tym rokiem życia. Nic. Nothing. Null. Z najważniejszych lat naszego rozwoju, kiedy to kształtowała się nasza osobowość, uczuciowość, seksualność i charakter. A to co działo się wtedy sieje na nasze życie wyzierając spod gruzów życiowego szamba. I skutecznie nam je dezorganizuje. Uniemożliwia to pokochanie. Bo nasączone jest tymi wszystkimi niezobaczonymi uczuciami, odczuciami i emocjami. Jak poczucie winy, niska samoocena czy wstyd. A pod nimi gdzieś na dnie naszego serca niemal zawsze jest niewyrażona złość. I czeka by ją wyrazić.

Dziecko wywodzące się z rodziny dysfunkcyjnej, niepełnej, problematycznej, DDA, patologicznej lub po prostu trudnej, w swoich wczesnych latach życia nie mogło mieć tego co jego rówieśnicy w domach funkcjonujących mniej lub bardziej prawidłowo. Nie mogło "nie musieć". Musiało się starać. By być zobaczone. Zauważone. Pokochane. Docenione. Przez pijącego rodzica. Przez bijącego. Przez stale nieobecnego. Pogrążonego w kompulsji czy nałogu. Lub będącego w permanentnej depresji. Albo z pozoru kochającego ale kochającego za coś. A jak tego nie dostało to odwracającego się i przez tydzień milczącego. A dla dziecka było to niczym palenie żywym ogniem. I dlatego to dziecko musiało. A malutkie dziecko nic nie musi. Nic. Ono ma tylko dostawać. Dostawać miłość. I nic innego. Nie musi wchodzić w rolę pocieszyciela rodzica. Mediatora. Strażnika czuwającego by tatuś nie zapierdolił po pijaku mamusi. Parentyfikującego malutkiego rodzica, dzierżącego stery odpowiedzialności za rodzinę będąc wciąż tylko dzieckiem. A nie obrońcą. Ratownikiem. Pomocnikiem. I wszystko to kosztem siebie samego.

I często to dziecko wszelakiego sprzeciwu okazywać nie może. Bo musi stać na baczność. Bo ma być dokładnie takie jak chcą rodzice. Albo takie jakie samo być musi wobec nich by chwiejąca się konstrukcja rodziny wciąż funkcjonowała. Bo ma być grzeczne i chuj. Bo nie może być złe, niesforne i okazać swojego sprzeciwu czy gniewu. A przecież tak naprawdę nie ma dzieci niegrzecznych, złych i złośliwych. Są dzieci nieukochane, nieuznane, niezaakceptowane i nieutulone. Swoją złością okazują to że ich potrzeby są niezaspokojone. A we wczesnym dzieciństwie zaspokojenie tych potrzeb powinno być dla rodziców bezwzględnym priorytetem. Dzieci z natury są dobre, cudne i wspaniałe. Wyrażając swoją złość komunikują się ze światem. I jeśli rodzice nie zaspokajając potrzeb tych dzieci, nie pozwolą na wyrażenie wynikającej z tego złości, dusząc ją w zarodku to ta właśnie złość zostanie wyparta i zakopana w podświadomości. Na całe życie. I będzie siać, póki nie zostaje zobaczona i wyrażona. Nawet gdy to dziecko ma na karku kilka dekad życia.

A w głębokim dzieciństwie nie mogło jej po prostu wyrazić. Bo ojciec mógł je skatować. Albo matkę dla odmiany w zastępstwie za nie. Bo mama za karę nie odzywała się do niego przez tydzień i było to jak największe katusze. Bo musiało stać na baczność, silne, zwarte i gotowe. Bo starało się być takie jak to zaplanowali apodyktyczni władcy jego losu. A zazwyczaj chcieli by było takie jacy sami nie mogli być i ochoczo rekompensowali sobie swoje życiowe porażki dzieckiem właśnie. A ono stało w zamarciu, wyprostowane a potem w swoim pokoju już skulone. I nie mogło pokazać. Brutalnemu ojcu. Apodyktycznej i zaborczej matce. Ale i matce wycofanej, pobitej i stłamszonej. Bo mimo iż dziś to dorosłe już dziecko wie, że mama tak naprawdę nie mogła nic zrobić w domu z ojcem barbarzyńcą, to wtedy tego nie wiedziało.
Rodzice są dla kilkulatka jak bogowie. Jest od nich uzależniony a to co robią i mówią jest niemal absolutem. I jeśli ten kilkulatek widzi że tata katuje a mama nic z tym nie robi, to rodzi się w nim wielki dysonans i koniec końców żal i złość. I to paradoksalnie nie tylko do ojca terrorysty. Ale także, a może przede wszystkim do matki. Bo nic nie zrobiła. Dlaczego nic nie zrobiłaś? Dlaczego nie pomogłaś sobie i nam? Dlaczego się nie postawiłaś i nie obroniłaś? Dlaczego? Te pytania bez odpowiedzi pozostają w ludzkiej podświadomości na całe życie. Do czasu gdy je poczujemy i sami na nie odpowiemy. Z wielkim niewyrażonym przed laty wkurwem. Po to by poczuć to do czego ten wkurw blokuje nam dostęp. Do miłości.

Bo niewyrażona złość skutecznie stoi na przeszkodzie poczucia miłości właśnie. Do siebie. Do rodzica. I do świata. Jeśli mamy pokochać w sercu rodzica, a przynajmniej mu odpuścić to właśnie ta niewyrażona złość stoi na drodze. Jeśli mamy pokłonić się temu rodzicowi i przyjąć od niego błogosławieństwo przodków oraz dar życia, tak właśnie jak zalecają różnorakie terapie czy myśliciele jak pierwsi z brzegu Kahn, Karpenkov, De Mello, Hellinger czy Wolynn, to musimy wcześniej ten gniew wyrazić. Nie w życiu rzeczywistym. Nie. Wygarniając dziś podstarzałem rodzicowi tylko pogłębimy istniejącą od lat przepaść. To ma zajść w naszym sercu. W naszej osobowości. Gdy poczujemy ten zakopany przed dekadami wkurw, gdy go wreszcie wyrazimy, wykrzyczymy, wyrzygamy, to wtedy będziemy naprawdę gotowi by obiekt tego wkurwu przyjąć do serca. Dopiero wtedy. I koniec końców będziemy gotowi na siebie samych. Na bliskich i dalekich. I na cały świat.

Autor: Ireneusz Wacławski
ODPOWIEDZ

Wróć do „Teksty”