Przyczyny Twoich problemów tkwią w Twojej podświadomości

Kopie ciekawych artykułów z potrali, witryn, itp. z uwzględnieniem autora i źródła.
Awatar użytkownika
Oskar
Administrator
Posty: 254
Rejestracja: 30 maja 2019, 19:15
Lokalizacja: Polska
Kontakt:

Przyczyny Twoich problemów tkwią w Twojej podświadomości

Najgorszy wróg to taki o którym nic nie wiemy. Atakuje znienacka, z partyzanta, od tylca. I jego ciosy bolą najbardziej. Ta prawidłowość działa na każdej płaszczyźnie. Także, a może przede wszystkim pośród zagadnień wszelakich traum, problemów osobowościowych i różnorakich dyskomfortów życiowych na tle emocjonalnym, które "urozmaicają" nam podróż przez ten cudowny "łez padół". I w tych aspektach to, co atakuje znienacka, zazwyczaj już niegdyś widzieliśmy. Choć nie zawsze.

Wszystko to, co niegdyś zamietliśmy pod dywan kiedyś wypłynie. Gdy dziecko spotkało coś nie do zniesienia, to krótkoterminowo poradziło sobie z tym za pomocą wystrzału adrenaliny, obrony lub zastygnięciu w bezruchu w przypadku nagłej traumy. Lecz radzenie sobie długoterminowo zazwyczaj wyglądało już nieco inaczej. To co dla kilkuletniego dziecka było nie do przyjęcia wylądowało w podświadomości, niczym wyrzucone do wieżowcowego zsypu śmieci, które poleciały tam po to, by stać się wylęgarnią karaluchów i innych przemiłych stworzeń. I te przemiłe stworzenia zazwyczaj do domu pochodzenia śmieci powróciły. I tak właśnie powracają nasze zakopane w podświadomości przeżycia. I to przez całe nasze życie. Po wielu dekadach. Bo ukryte w cieniu ciężary mają moc bezterminowego siania zamętu w naszym życiu. I koniec końców w życiu naszych bliskich też.

Doznane krzywdy, które chcieliśmy zapomnieć. Uderzenia. Popchnięcia. Pomiatanie. Zły dotyk. Ale także oderwanie od rodzica na wczesnym etapie. Nawet na godzinę, dwie mogło mieć destrukcyjny wpływ. Grzech zaniedbania. Niedawanie miłości. Albo dawanie jej za coś. Za bycie grzecznym. Taki tam handel, który rujnuje nasze spojrzenie na miłość na całe życie. Wzbudzanie poczucia winy. Niedocenianie. Nadmierne wymaganie. Różne, bądź to nagłe, bądź długotrwałe formy przemocy fizycznej czy psychicznej. Sam cud, miód i orzeszki...

Zasadniczo siać mogą nie tylko traumy z gatunku ciężkich. Mogą to być również wzorce działań czy dynamik rodzinnych, które z pozoru nie należą do traumatycznych. Córeczka tatusia będzie z nim związana przez całe życie, co będzie stanowić skuteczną blokadę w nawiązaniu udanych relacji z mężczyznami. Synek mamusi analogicznie. Ktoś kto jako kilkuletnie dziecko "stał na czele" dysfunkcyjnej rodziny - bo tata pił i bił, a mama w depresji nie mogła nic zrobić - będzie niósł ciężar tej odpowiedzialności przez kolejne dekady. Ktoś kto był wówczas cichym mediatorem pomiędzy rodzicami również nie będzie miał lekko. Malutki ratownik będzie przez całe życie ratował innych ludzi. Najczęściej swoim kosztem. Bo zawsze będzie zobowiązany wobec tych właśnie innych. I nie będzie potrafił postawić nikomu odpowiednich granic. Asertywność zero. Kilkuletni godziciel pijących, walczących czy rozwodzących się rodziców, pójdzie w świat z poczuciem winy. Zwłaszcza gdy poniósł na tym polu porażkę. A zwyczaj ponosi. Bo dziecko nie jest stworzone do niesienia takich obowiązków. I takiej odpowiedzialności.

Podobnie traumy rodowe, powtarzane z pokolenia na pokolenie, a zakopane w nieświadomości zbiorowej - coś jak martyrologia powstańcza Polaków, dziedziczona bieda w krajach Trzeciego Świata, niekończące się problemy grup społecznych czy choćby syjonizm lub dla odmiany antysemityzm. Umierające z pokolenia na pokolenie dzieci. Ciąg aborcji czy poronień. Przedwczesne śmierci. Choroby. Problemy z obfitością. Wszystko to co jest tuż obok, ale my tego nie widzimy. Coś co nieświadomie jest powtarzane, jak niekończący się chocholi taniec.

I najciekawsze w tym wszystkim jest to, że gdy dany problem, który do tej pory drzemał w cieniu siejąc i trując na lewo i prawo przez całe dekady już świadomie zobaczymy, to mamy połowę drogi do jego zintegrowania. Czyli do sprawienia, że mimo iż zapewne dalej będzie istniał, to już nie będzie tak destrukcyjny. A nawet możemy go zaprząc w karby służenia nam. Wystarczy dane zagadnienie zobaczyć. Wyciągnąć je z podświadomości i oświetlić strumieniem naszej świadomości. Widząc z bliska to, czego nie byliśmy świadomi przez pół naszego żywota, a co było dosłownie na wyciągnięcie ręki doznajemy ulgi. Po prostu. Ktoś kto sobie uświadamia, że traktował swojego ojca jak wiecznego chłopca, zaczyna widzieć że sam takim chłopcem właśnie był. Córeczka tatusia zaczyna widzieć ten związek i jego wpływ na jej obecne relacje. Mężczyzna który wciąż jest połączony pępowiną z nieżyjącą od dekad matką, dostrzega, że od swoich partnerek oczekiwał takiego właśnie matkowania. Stanięcie do tego typu prawd o sobie uwalnia. I jest to idealny dowód na prawdziwość powiedzenia, że "prawda nas wyzwoli". Dokładnie tak jest. Prawda wyzwala. Pod warunkiem świadomego stanięcia do niej. Powiedzenia do lustra: "Tak stary. Jesteś pizdą. Narcyzem. Wymoczkiem. A nie macho-menem jakim chciałeś być". Albo "Nie, nie jesteś tak silną kobietą za jaką zawsze się uważałaś. W dzień wszyscy Ci się kłaniają w pas. A w nocy płaczesz w poduszkę. I chuj. To właśnie jest moja prawda". I to właśnie prawda niemal każdego każdego człowieka. Prawda do której warto stanąć. Bo ona wyzwala. Po prostu. I tak już jest...

Druga połowa sukcesu w uwalnianiu od brzemienia przeszłości, to zobaczenie przyczyny problemu i ustosunkowanie się do niej w naszym własnym sercu. W naszej świadomości. W świadomej części osobowości. Skoro robiliśmy mamusi za partnera i rycerzyka, to podziękujmy za te czasy i nazwijmy siebie synem, a mamę mamą. Skoro powtarzaliśmy czyjąś traumę oddając mu w ten sposób hołd, od tej pory róbmy to cudnie żyjąc, po to by ten nasz przodek miał w tym swój udział. Po to by pamięć o nim nas błogosławiła a nie samo-karała. Chyba lepiej w ten sposób oddawać mu szacunek, niż cierpiąc jak on. Jeśli czuliśmy się winni, bo nie daliśmy rady, to stańmy jak to dziecko i wyrzućmy ze swojego serca, że "byliśmy tylko dzieckiem, a nie supermanem czy ratownikiem". Komuś kto nas obwiniał powiedzmy w duchu, że "tą winę pozostawiamy przy nim, bo to jego ciężar nie nasz. Żadne dziecko nie jest winne czy odpowiedzialne za rodziców". I jeśli czujemy związany z tym gniew czy smutek to wejdźmy w niego. I pobądźmy w nim. I z nim. I wyrzygajmy go z naszej świadomości. Ten niewyrażony przed laty wkurw. Bo często jest tak, że dopiero po jego przerobieniu odpuszczenie jest prawdziwe i oczyszczające. I przynoszące z dawna upragnioną ulgę i zmniejszenie dyskomfortu.

Reasumując. Widząc dany problem, mamy połowę sukcesu w zintegrowaniu go i uczynieniu niegroźnym. Znajdując jego źródło mamy drugą połowę. A stając do tych dwóch zmiennych, z otwartym sercem, z wyrzuceniem całego szamba jakie w związku z nimi czujemy, a potem z akceptacją tego że to zaszło, a my już będziemy szli bez tego, dokonujemy katharsis. I stajemy się bliżsi sobie samym. Bo i tak w głębi serca, pod tymi wszystkimi warstwami i złogami jesteśmy tylko miłością. I poczucia tej świadomości wszystkim gorąco życzę...

Autor: Ireneusz Wacławski
ODPOWIEDZ

Wróć do „Teksty”