Życie to lekcja świadomości

Kopie ciekawych artykułów z potrali, witryn, itp. z uwzględnieniem autora i źródła.
Awatar użytkownika
Oskar
Administrator
Posty: 257
Rejestracja: 30 maja 2019, 19:15
Lokalizacja: Polska
Kontakt:

Życie to lekcja świadomości

Czy życie to lekcja? A jeśli tak to dla kogo? Czy każda chwila to nauka, która ma nam pokazać coś o świecie, a przez to nas samych? Czy uczymy się wciąż czegoś nowego? Czy tylko sobie coś przypominamy. Znanego nam zawsze. W mej skromnej opinii odpowiedzi są dwie. I tak. I nie.

Bo z jednej strony każdy impuls życia, czy to z wewnątrz czy z zewnątrz doświadcza nam wrażeń, często nowych, które nasza egotyczna osobowość przekuwa na wspomnienia. A te z kolei warunkują naszą przyszłość. Przeszłość warunkuje naszą przyszłość. W tej przyszłości nie chcemy powtarzać trudnych dla nas doświadczeń przeszłości. Więc budujemy programy ochronne, które mają nas przed tym zabezpieczyć. I z czasem ilość tych programów sprawia, że po prostu nie jesteśmy w stanie ich już utrzymać. Jak trzymanie w wyciągniętej dłoni szklanki z wodą. Nie tyle jest ważne czy ta przysłowiowa szklanka jest pełna czy pusta. Najważniejsze jest to ile jesteśmy w stanie wytrzymać, gdy dzierżymy ją w dłoni. Godzinę. Dwie. Sześć godzin. Dzień? Dwa? Tydzień? Miesiąc? To tylko kwestia czasu, by ta szklanka zaczęła nam ciążyć, ręka ścierpła i koniec końców ja puściła. A wtedy wraz z odgłosem tłukącego się szkła przychodzi punkt zwrotny w naszym życiu. W cierpieniu, bólach i mękach. I to co nastąpi po tym punkcie zwrotnym zależy tylko od nas.

Ale z drugiej strony nic nowego się nie uczymy. My sobie to przypominamy. Bo nasza dusza, z którą się rodzimy i która nie umrze przy naszej śmierci już to wszystko wie. I nieważne co było wcześniej. I co będzie później. Nieważne w co wierzymy. Nieważne czy wyznajemy jakąś religię czy inną formę duchowości, bo to jest osobista sprawa każdego z nas. Niezależnie od tego wszystkiego każdy z nas rodzi się mając komplet. K o m p l e t. Wszystko. Całą pulę. Nieważne czy jesteśmy dzieckiem króla czy żebraka. Mamy już na starcie pełną talię kart. Zawsze. I zadaniem naszych rodziców jest pokazanie nam do czego każda z tych kart służy. Ale jeśli tym rodzicom w ich dzieciństwie tego nie pokazano, to ciężko im będzie nam to pokazać. Jak pokazać coś czego samemu się nie zna? No jasne, te fiszki się zna. Dwójki - podetrzyj pupę. Trójki - ubierz się. Czwórki - zjedz. Piątki - posprzątaj po sobie. Ale jeśli ktoś nie zaznał asów, króli i dam bezwarunkowej miłości, totalnej akceptacji, uznania tego kim byliśmy czy słodkiego poczucia nic "niemuszenia" w głębokim dzieciństwie kiedy to nic się nie powinno musieć, to może mieć problem z pokazaniem jak tymi kartami operować. I swojemu dziecku po prostu tego nie pokaże. Ale tak naprawdę to wszystko i tak jest już w nas. I zawsze było. Wystarczy sobie o tym tylko przypomnieć.

I do tego służy miłość. Bo to co w nas to miłość właśnie. I ona tylko o miłości marzy. Jej pragnie. Nią oddycha. Nią się nasącza. I nasączona nią właśnie emanuje. Ona nie ocenia, nie analizuje i nie myśli. Ona czuje. Ona po prostu jest. Cichy zachwyt. Omdlewanie z tego zachwytu. I to że nam nie pokazano tych trumfów, które z sobą niesie, nie zmienia faktu że koniec końców ona zawsze tam głęboko w nas jest. Przytłumiona przez nasze niosące z sobą lękliwe uwarunkowania ego przeżycia. Ale jest. I już. Choć pomiędzy naszą osobowością a nią często zalegają zwały cięższych uczuć. Wstydu. Poczucia winy. Niskiej samooceny. Żalu. I stojących za nimi zazwyczaj wyrażonej lub niewyrażonej złości. Ale gdy zaakceptujemy te cechy, uznamy za swoje i zobaczymy gdzie leży ich przyczyna, to zobaczymy, że pod nimi mieszka właśnie ta zagubiona przed laty miłość. Którą sami jesteśmy. Nasze prawdziwe pierwotne ja. I całe życie polega na tym żeby sobie o tym przypomnieć. Jak wielka litera U, która najpierw jest coraz niżej, po to by odbić się od dna i poszybować z powrotem ku górze, gdzie jesteśmy prawdziwi my właśnie. I im bliżej tej miłości jesteśmy, tym większy czujemy komfort, który wypełnia miejsce dyskomfortu. Owszem, dyskomfort będzie w nas zawsze. Ale po przekroczeniu masy krytycznej, tego punktu zero powyżej którego jest już ulga i lekkość, takie właśnie staje się nasze życie. I możemy je żyć, a nie być przez nie żytym.

I my już to wszystko wiemy. W chwili gdy pojawia się dusza. Nieważne, która ta chwila, to co uważamy o tym wynika z naszych uwarunkowań. Czy to moment poczęcia, czy pierwszego "zagięcia się" embrionu czy pierwszego uderzenia serca. Nieważne. W momencie gdy pojawiamy się na tym świecie już jesteśmy pełnią. Kompletem. Który ma wszystko i wszystko wie. I wchodzi w życie, w którym będziemy sobie o tym przypominać. Z każdym oddechem.

Prawdziwi my to ten żółty środek stokrotki. On jest zawsze. Zawsze był i zawsze będzie istniał. On się pojawił na tym świecie w naszym konkretnym przypadku i on pójdzie dalej. To nasze self, nasze ja, nasza boska świadomość. I z tego stokrotkowego środka w trakcie naszego dzieciństwa wyrastają płatki naszej osobowości. Różnokolorowe. Te jaśniejsze. Zadowolenie z siebie. Satysfakcja. Radość. Umiejętności korzystania z życia. Dążenie do samorozwoju. Ale także te płatki ciemniejsze. Wstyd. Poczucie winy. Nadmierny perfekcjonizm. Narcyzm. Egocentryczność. Permanentny wkurw na wszystko dokoła. Albo kompletny brak takowego wkurwu, od którego odcięliśmy się w dzieciństwie po to by nie czuć tego czego nie było nam wolno. Albo po prostu nie czuć nic co może zaboleć. Nieumiejętność postawienia granic światu. Albo zbyt dużo takich granic. I każdy z tych płatków to część naszej osobowości. I każdy przeraźliwie boi się, że zostanie wyrwany. I każdy chce tylko jednego. Chce byśmy go zobaczyli. Zaakceptowali. Uznali za część siebie. I pokochali. Z perspektywy tego prawdziwego ja - centrum stokrotki. Tego obserwatora naszych płatków osobowości. A każdy z tych płatków woła: "Przypomnij!!! Przypomnij sobie!!! Przypomnij sobie kim jesteś!!!". A jesteś boskością. Doświadczanie siebie i doświadczanie świata to doświadczanie boskości ze wszystkimi jej elementami. Więc bądź nią. Bądź tym centrum stokrotki, ale i bądź otaczającymi go płatkami. Bądź swoim wewnętrznym ja. Ale i zewnętrznym. Żyj. Po prostu żyj. Odrób swoją lekcję. Człowieku Ty kochany.

Autor: Ireneusz Wacławski
ODPOWIEDZ

Wróć do „Teksty”